O kocie w kryzysie - recenzja "Kocim pazurem pisane..."

Od razu zaznaczę, że nie jestem „kociarzem”. „Psiarzem” też nie, choć psy towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo i okres nastoletni. Podchodzę do posiadania zwierząt w domu z dużym dystansem, co nie znaczy, że nie lubię opowieści o nich w różnych formach, czy to literackich, czy to filmowych. Doceniam zwierzęcy wkład w sztukę oraz artystów o nich tworzących i o tym będzie również ta recenzja. 



W moje bajarskie ręce wpadła książka „Kocim pazurem pisane, czyli wspomnienia Rudolfa Rudykota” autorstwa Moniki Wilczyńskiej, choć powinienem być dokładniejszy, by nie obrazić współautora i napisać „spisane przez Monikę Wilczyńską”. Rudolf Rudykot to główny bohater opowieści i zarazem narrator – postać realna, bowiem przyłapany przez swoją właścicielkę, Monikę, na spisywaniu pamiętnika, postanowił podzielić się tajemnicami miaufabetu i dać nam, ludziom, zwierzęcą perspektywę na problem kotów wolnożyjących. Na niecałych stu stronach książki poznajemy niezwykłą plejadę jego kociej rodziny (zarówno tej „z futra i kości”, jak i przyszywanej) oraz jej perypetie – od narodzin Rudolfa (osieroconego z rodzeństwem przez ojca) aż do osiągnięcia upragnionego „DOMBROBYTU”. Cała książka to osiem wycinków z życia mieszkańców Kociborza, gdzie nie tylko poznajemy wartość wolnego kociego życia, ale przede wszystkim problemy, na jakie natrafiają pozbawione opieki dachowce. Czytać kolejne zabawne przygody kociej rodziny to czysta przyjemność, aczkolwiek dla mnie samego lektura tych pamiętników była niezwykle…melancholijna.

Kot w literaturze, a konkretnie w bajkach i baśniach, często był personifikacją sprytu, niezależności, czy mądrości. To tytułowy „Kot w butach” uczynił z prostego chłopaka szlachcica, to Kot (w towarzystwie Lisa) wystrychnęli Pinokia na dudka i to Kot z Cheshire pomagał Alicji przejrzeć na oczy i uświadomił jej, że tak naprawdę świat jest szalony. We wspomnieniach Rudolfa koty jawią się raczej jako częściowo bezbronne, często porzucone przez ludzi (lub inne koty), w jakiś sposób niedostosowane do współczesnej cywilizacji. Większość Kociborzan opisanych przez Monikę Wilczyńską marzy o „DOMBROBYCIE”, stanie, w którym mieszkają w domach z ludźmi, kiedy to nie muszą już ani walczyć o byt, ani o nawet najmniejszą przyjemność, jaką jest głaskanie czy mizianie. Uwrażliwia to czytelników na los samotnych dachowców zamieszkujących nasze podwórka czy ogrody działkowe, co jest wartością ogromnie dodaną w tej pozycji książkowej. Zresztą sama (współ)autorka tych memuarów przyznaje otwarcie, że jej spojrzenie na koty wolnożyjące zmieniło się wraz z poznaniem Rudolfa. Dla mnie jednak w tej opowieści jest coś więcej, co uczyniło jej czytanie - czy odczytywanie – zaskakującym i przygnębiającym.

Dla niektórych to co za chwilę napiszę, może wydać się pójściem o jeden „koci krok” za daleko, ale wydaje mi się, że powinno to zostać wypunktowane. Dla mnie osobiście nie jest to książka o kotach, co bardziej o osobach w kryzysie bezdomności. Często wybierających ten stan z uwagi na swoje przekonania (patrz kloszardzi), lecz jeszcze częściej trafiających na ulice lub wspomniane wcześniej ogrody działkowe z zupełnie niezależnych od siebie czynników. Mimo że w książce mowa o zwierzętach, to koniec końców zawsze mówimy w sztuce o ludziach – ludzie ją tworzą i ludzie interpretują. Rudolf Rudykot, choć jest prawdziwym zwierzęciem, jest (przynajmniej dla mnie) tym jednym z niewielu uratowanych ludzi, którym ktoś w końcu podał rękę i nie zostawił zimą w ciemnym  pustostanie tylko zapewnił realną pomoc. Współcześnie zwierzęta domowe uważane są nawet za część rodziny, co tym bardziej daje pożywkę do mojej subiektywnej interpretacji „Kocim pazurem pisane…”. Dodatkowo, czytając o przygodach Rudykota, ciągle miałem przed oczami bohaterów musicalu „Koty” A.L.Webbera, w których to problem samotności odmieniany jest przez wszystkie przypadki, a już zwłaszcza w postaci Grizabelli, starej kotki, niegdyś gwiazdy ulicy, a obecnie będącej symbolem upadku wśród dachowców. Grizabelli nikt nie lubi, część z niej szydzi, część ucieka przed nią i dopiero druga, młoda kocia „dłoń” daje jej najmniejszą radość, jaką jest dotyk. Strasznie przygnębiające.

Uważam, że książka Moniki Wilczyńskiej (a może Rudolfa?) powinna być odczytywana w ten dwojaki sposób. Po pierwsze, jako przyczynek do rozmowy o bezdomnych zwierzętach. Dzięki temu uwrażliwiamy dzieci i młodszą młodzież na los miejskich i wiejskich dachowców,  ukazujemy im dziurawy prawny status tych istot oraz wielką niewiadomą, przed którą stają każdego dnia. A po drugie, czytajmy tę książkę jako inspirację do rozmowy o sytuacji bezdomnych ludzi. Przecież oni również mają swoje „przygody” – swoje radości, spotkania, kryzysy, walkę o każdy kolejny dzień. Oni też żyją na jakimś pograniczu prawa, często zapomniani przez tych, co mają DOBROBYT z dziada pradziada lub którym się w życiu najprościej w życiu powiodło.

Co warto jeszcze nadmienić, a co dla mnie samego bardzo ważne, książkę tę uzupełniają piękne ilustracje Michała Brzezickiego, które przez swój minimalizm i surowość tylko podbijają motyw samotności kotów (i ludzi). Już pierwsze grafiki, gdzie widzimy obrazy z portretami kotów-bohaterów wspomnień Rudolfa, sugerują nam, że koniec końców każdy z dachowców jest…sam. Sam ze swoimi problemami, radościami, marzeniami o cieple i spokoju. Portrety te „wiszą” na białej kartce odseparowane od siebie pustką pełną…niczego. Nic ich nie łączy. Każdy ma swoją ramkę, będącą czymś jednocześnie bezpiecznym i odseparowującym. Nie jest to ściana, którą ktoś zaaranżował, to wycinki nadziei na lepsze jutro.


Nie myślcie jednak, że cała książka jest przygnębiająca i dołująca. W żadnym wypadku! Nie tylko Rudolfowi udało się znaleźć rodzinę, która otoczyła go miłością i zaufaniem. Jest również kilka innych kotów, które osiągnęły DOMBROBYT. Są też komiczne starcia dwóch światów – kotów z Wielkiego Miasta i kotów z Kociborza, zaś całe wspomnienia tchną nadzieją, że każdemu kolejnemu czworonogowi uda się osiągnąć to, co narratorowi opowieści.

Bardzo cieszę się, że sięgnąłem po tę pozycję, choć jak wspomniałem na początku, kociarzem nie jestem i raczej nie zostanę z uwagi na sytuację zdrowotną. Polecam ją jednak zarówno dzieciom (takim które samodzielnie potrafią czytać) jak i dorosłym. Nie ograniczajmy się do tego, że opowieść o kotach dotyczy tylko kotów. Spłyciłoby to nie tylko koci zamysł Rudolfa, jak i jego ludzkiej powierniczki, Moniki Wilczyńskiej.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Światy Równoległe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szczecin uwierzył w ducha, a właściwie w duszka! - recenzja "Zamkowych opowieści duszka Bogusia"

Lisie tajemnice - recenzja zbioru "Kitsune. 13 opowieści o lisach"