Bajki babci Elgiebety - mój pierwszy wieczór opowiadaczy

W ramach szczecińskiego projektu „Tęczowy Teatr Mały” poproszono mnie, abym przygotował opowieści dotyczące społeczności LGBTQ. Zachwycony tym pomysłem od razu sięgnąłem po klasykę  bajek i baśni, czyli dobrze wszystkim znanego Hansa Christiana Andersena oraz mniej znanego z twórczości bajkowej Oscara Wilde’a. Zresztą o obu pisarzach wspominałem na swoim Instagramie w czerwcu 2024 w związku z Miesiącem Dumy. Ale czy chciałem zatrzymać się po prostu na prezentacji tęczowego dorobku obu panów? Oczywiście że nie!

Odświeżyłem sobie biografię Andersena napisaną przez Jackie Wullschläger pt. „Andersen. Życie baśniopisarza” oraz poszperałem w Internecie i książce Trevora Fishera „Oscar Wilde i Bosie. Fatalna namiętność” na temat życia Oscara Wilde’a. Skoro opowieści mają być tęczowe w wymowie, to trzeba nakreślić odbiorcom odpowiedni kontekst – kiedy powstały? co spowodowało ich napisanie? i kto prawdopodobnie zakulisowo zainspirował twórców? I tak jak w przypadku duńskiego księcia bajek, nie było to problemem, tak w przypadku Oscara Wilde’a natrafiłem na pewne „kłody”. Andersen kilkakrotnie spisywał swoje dzieje w mniej lub bardziej rozpoetyzowanych biografiach. Mówiąc wprost, tworzył siebie na pożytek publiczny. Chciał być na świeczniku, otaczać się ludźmi ze śmietanki towarzyskiej, spotykać koronowane głowy itd. Wszystko przez to, że pochodził z bardzo ubogiej rodziny i kariera literacka miała być dla niego – i była – przepustką do lepszego świata. Oscarowi życie i przyrodzone cechy charakteru ułatwiły wejście na brytyjskie salony. Podczas gdy Andersena określilibyśmy obecnie jako dziwaka z parciem na szkło, Wilde miał w sobie charyzmę i dowcip, który niczym magnes przyciągał ludzi – zarówno ze świata sztuki, jak i finansjery. Był typowym salonowcem z błyskiem w oku, podczas gdy Andersen to najprawdziwsze „brzydkie kaczątko” stawiające kroki w socjecie ze słoniową gracją. 

Jednak co sprawiło, że opowieści obu twórców, które znalazły się w programie, są bez mała tęczowe? Mówiąc najprościej – życie. Oscar Wilde w „Królewiczu” pisze wprost o ciemnoskórym młodzieńcu, który napawał się widokiem męskiego piękna – pochłania oczami obrazy, całuje rzeźby lub przyciska do piersi grawerunki z przystojnymi portretami antycznych bohaterów. Królewicz ekstatycznie oddaje się kontemplowaniu piękna, jakiego nigdy wcześniej nie zażył, ponieważ całe życie mieszkał w prostej, wieśniaczej chacie. Jednak cały ten zachwyt pozbawiony jest choćby grama erotyzmu. Wszystko jest dostosowane do umysłów dzieci, bowiem opowieść ta znajduje się w zbiorze bajek dziecięcych. Powód oczywisty. Lecz pamiętajmy, kto zazwyczaj czytał te opowieści dzieciom na głos? Dorośli – rodzice, mamki, guwernerzy. Osoby bardzo często duszące się w wiktoriańskich rolach społecznych i kulturze, która nie widziała innych „normalnych” orientacji psychoseksualnych poza heteroseksualizmem. Bajki te czytały osoby, które znając jakiś tajemny kod i mające wiedzę na temat historii i mitologii starożytnej, odczytywały tekst tak, jakby być może Wilde chciał. Jako manifestację własnych przeżyć i doznań. Wtedy taki dorosły wie, że nie jest sam w tym purytańskim, wiktoriańskim świecie i że również tacy jak on mają prawo do opowieści i do bycia zauważon_. 

W przypadku Andersena sprawa nie jest już taka prosta. W programie wykorzystałem dwie jego baśnie – „Brzydkie kaczątko” i „Małą syrenkę”. Chronologicznie baśń o syrenie powstała wcześniej, ale uznałem, że trzeba zacząć od czegoś ogólniejszego, a baśń o małym łabędziu właśnie taka jest.  Andersen pisał ją niczym autobiografię – poczynając od narodzinach na wsi, poczuciu alienacji i odrzuceniach, jakiej doświadczył, po samo stanie się pięknym. W przypadku Andersena było to piękno raczej wewnętrzne i związane z jego sukcesem na salonach Europy niż piękno fizyczne – umówmy się, do najprzystojniejszych nie należał - ale zawsze jakimś. Inność Andersena jest w tej bajce oddana metaforycznie – oto patyczkowaty chłopak o bardzo przeciętnej urodzie przemierza świat, by odkryć swoje prawdziwe „ja”. Jednak to andersenowskie „ja” jest bardzo skomplikowane, bowiem nie tylko kryją się w nim kompleksy związane z urodą czy charakterem, ale również orientacją psychoseksualną. Fakt, w „Brzydkim kaczątku” nie ma nawet cienia erotyzmu, ale moglibyśmy się tutaj pokusić o samą symbolikę łabędzia i sposobie jego przedstawiania w malarstwie czy balecie. Bardziej „tęczowa” w wymowie jest „Mała syrenka” – oto mamy miłość, której nie da się wypowiedzieć (bo Syrenkę pozbawiono języka w zamian za ludzką postać) oraz sam motyw transpłciowy/transgatunkowy, jakim jest idea syreny – ni to człowieka, ni to ryby. Andersen w swoich pamiętnikach wspomina o braku poczucia bycia mężczyzną. Był raczej delikatny, spokojny, nieraz wręcz poetycki, co kulturowo przypisywało się kobietom. Dodatkowo jego pociąg nie tylko do kobiet, ale również do mężczyzn dawał mu mocno do myślenia. Jego największa miłość – Edvard Collin – w czasie, w którym Andersen pisał baśń o syrenie, brał ślub. Pisarz był nawet na niego zaproszony, ale z uwagi na wielką miłość, jaką darzył Edvarda, nie pojawił się na nim. Nie mógłby ścierpieć tego widoku, tak samo jak później Syrenka musiała cierpieć na widok ślubu księcia z inną kobietą. Historia przemienionej dziewczyny kończy się tragicznie, ale z odrobiną nadziei. Dostała szansę od cór wiatru, by pozyskać nieśmiertelną duszę i tym samym kiedyś „spotkać się” z duszą ukochanego księcia.  Historia relacji Andersena z Collinem kończy się niestety odwrotnie – Hans Christian, Edvard i jego żona na życzenie Andersena spoczęli w jednym grobie. Jednak po paru latach rodzina Collinów przenosi ciała krewnych do wspólnego grobowca, pozostawiając Andersena w samotności, której nota bene ogromnie się bał. 

Czy na tym zakończył się wieczór opowieści? Nie, w żadnym wypadku. Opowiedziałem jeszcze prawdziwą historię Roya i Silo, dwóch pingwinów, którzy w nowojorskim zoo zostali rodzicami pingwiniątka Tango oraz bajkę autorstwa M. Szczygielskiego pt. „O sołtysie Salomonku i tęczy” wydanej w ramach zbioru „Wszystkie kolory świata”. Jednak tutaj o tęczowości świadczą już historie same w sobie. Nie ma tutaj powodu doszukiwania się jakiejś zawoalowanej historii biograficznej autorów. Życie pingwinów jest jedynie dowodem na homoseksualne zachowania wśród zwierząt (czyli też wśród ludzi). Ich historię opowiedziałem z wykorzystaniem niemieckiego kamishibai. Jest to  mądra lekcja dla dzieci na temat ich możliwego przyszłego życia uczuciowego. Zaś historia Salomonka to bajka o tym, że nawet jeśli czegoś nie rozumiesz, nie znaczy od razu, że jest to złe. Salomonek, ojciec Joachimka, który uwielbia wpatrywać się w tęcze, stara się zrozumieć zachowanie syna i choć ani nauczyciel, ani ksiądz, ani nawet zielarka nie potrafią mu odpowiedzieć na pytanie, po co jest tęcza, ostatecznie godzi się z własną niewiedzą i po prostu kocha syna i jego „dziwactwo”. Ot, i tyle. Orientacja psychoseksualna autora jest znana od dawna. Zresztą nie kryje się z nią i swoim związkiem. Po prostu stworzył bajkę dla dzieci w ramach dobrej i mądrej akcji popularyzującej wśród dzieci różne mniejszości, nie tylko tę tęczową.

Ogromnie dziękuję Andrzejowi i Mikołajowi z Lambdy Szczecin za to, że mogłem wystąpić w ramach ich projektu w Teatrze Małym i mogłem zabrać publiczność w podróż po tęczowych bajkach. Dzięki temu nie tylko stworzyłem swój pierwszy program dla osoby dorosłej (lub młodzieżowej), ale również  zasiałem ziarenko wiedzy na temat motywu powstania bajek, które czytamy dzieciom. 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O kocie w kryzysie - recenzja "Kocim pazurem pisane..."

Szczecin uwierzył w ducha, a właściwie w duszka! - recenzja "Zamkowych opowieści duszka Bogusia"

Lisie tajemnice - recenzja zbioru "Kitsune. 13 opowieści o lisach"